Mieszkania drożeją na całym świecie

Piątek, 8 czerwca (06:00)

Jeśli wyraźnie rosnące ceny nieruchomości ostatecznie zwiastują nadejście gospodarczego "tąpnięcia", to najpewniej powinniśmy się przygotować na rynkowe turbulencje. Ceny mieszkań idą w górę w wielu wysoko rozwiniętych krajach świata.

Ceny nieruchomości niepokojąco rosna w wielu krajach /©123RF/PICSEL

- W 29 krajach mieszkania są już droższe niż przed kryzysem - zwracają uwagę analitycy Open Finance. Za domy w Ameryce trzeba już płacić więcej niż u szczytu ostatniej hossy. Podobnie jest w Niemczech, Francji, Chinach, Kanadzie czy Australii - wynika z danych zebranych przez Open Finance. W Polsce wciąż "za metr" płacić trzeba mniej niż w 2007 roku, ale już niedługo może się to zmienić - przewidują eksperci, a potencjalni nabywcy nieruchomości zastanawiają się, czy to rzeczywisty trend, czy może tylko "naganianie" klientów.

- To rynek nieruchomości był zarzewiem światowego kryzysu finansowego, którego symbolicznym początkiem był upadek amerykańskiego banku Lehman Brothers we wrześniu 2008 roku. Naturalną konsekwencją pęknięcia bańki spekulacyjnej były przeceny domów i mieszkań. Problem ten dotknął wiele krajów i trwał przez kilka lat. Wszystko jednak ma swój kres - szczególnie jeśli rozwój wydarzeń determinowany jest bardzo liberalną polityką monetarną, czyli niskimi stopami procentowymi, a nawet "dodrukiem pieniądza" przez największe banki centralne świata - przypomina Bartosz Turek z Open Finance.

Prowadzenie latami liberalnej polityki monetarnej nie mogło dać innych efektów - mieszkania w większości krajów zdrożały. Gdyby tego było mało, to już nawet w 29 krajach z 45 przebadanych mieszkania i domy są dziś droższe niż w przedkryzysowym szczycie przypadającym na lata 2007/8.

Zdaniem analityków, powód drożyzny jest prosty - gdy stopy procentowe są niskie, kredyty są tanie, co skłania do zadłużania się na zakup mieszkań i domów. Wzrost popytu przekłada się wtedy na wzrost cen. Gdyby tego było mało, to jeśli banki żądają za pożyczone pieniądze niskich odsetek, to same także nie szastają pieniędzmi gdy przychodzi do płacenia za depozyty.

- Przy niskim oprocentowaniu lokat inwestorzy bardzo aktywnie szukają alternatywy dla swoich pieniędzy. Część wybiera giełdę, część papiery dłużne (obligacje), a część - często spora - nieruchomości, co znowu dodatkowo podnosi popyt na mieszkania - tłumaczy Bartosz Turek i dodaje, że wspomniane mechanizmy spowodowały, iż w kraju, w którym wybuchł ostatni kryzys - w USA - domy są dziś o 7 proc. droższe niż przed ostatnim kryzysem (w ujęciu nominalnym, a więc przed potrąceniem inflacji).

Eksperci zwracają uwagę, że takich relacji cenowych mogliby jedynie pozazdrościć Norwegowie, Szwedzi, Islandczycy, Austriacy, Australijczycy czy Kanadyjczycy. Ci muszą dziś płacić za "dach nad głową" o około 60 proc. więcej niż dekadę temu. Mało tego, można znaleźć też bardziej egzotyczne kraje, w których ceny w ciągu 10 lat przynajmniej się podwoiły. Z takim problemem muszą dziś mierzyć się mieszkańcy Hongkongu, Peru, Kolumbii czy Brazylii - wyliczają analitycy Open Finance.(js)

INTERIA.PL

Podziel się

~Future 2050 r -

2018 rok, to może być rok dużych spadków, ale nie sądzę, aby to był ostateczny dołek. Optuje , że nie ujrzymy żadnych istotnych wzrostów cen mieszkań przed 2030 rokiem. mówię o średnich cenach. Argumenty przedstawionej poniżej, o których notabene nie mówi rząd, tylko jak mantrę powtarza o konieczności wprowadzania coraz to kolejnych programów zachęcających do inwestowania (czytaj: zadłużania się praktycznie na całe życie) w mieszkania i nieruchomości. Wszelki agencje rządowe wręcz zarzekają się że idą wzrosty na rynku nieruchomości i inwestycja w nieruchomości jest najlepsza formą lokowania kapitału . 1) wahania cen dość dobrze pokrywają się z liczebnością populacji 25-26-latków. W 2008 roku było ich najwięcej prawie 700 000. Żaden późniejszy rocznik nie jest tak liczny - co więcej, za 10 lat 25-latków będzie ok. 2x mniej niż w 2008 roku - to oznacza duuużo mniejszy popyt na "pierwsze mieszkanie" - i to nie tylko chodzi o kupno, ale również o najem. 2) wahania cen są odwrotnie proporcjonalne do liczebności populacji 75-latków, bo śmiertelność i związane z tym "zwalnianie mieszkań" wpływa na podaż. w tym wieku umiera najwięcej osób - a pokolenie obecnych 75-latków jest o 15% mniej liczne, niż być powinno (II wojna światowa) - dlatego to pokolenie dotychczas zostawiało po sobie nienaturalnie mało mieszkań, co nie było w stanie zaspokoić nawet połowy potrzeb rynku. Młodzi ludzie bez mieszkań w spadku "po pradziadkach" szli na rynek pierwotny... Tuż po zakończeniu IIWŚ nastąpił potężny wyż demograficzny, ze szczytem w 1955 roku. Obecni 60-latkowie, to bardzo liczna grupa, będąca właścicielami sporej części rynku nieruchomości. To są ludzie dla których mieszkania (2 miliony) budował Gierek, to są też właściciele setek tysięcy PRLowskich "klocków" i willi z początków transformacji ustrojowej. 1) 2) Co będzie za 15 lat? Co się stanie z milionami mieszkań i domów, gdy zacznie umierać 800 000 starszych osób rocznie, a równocześnie będzie tylko 300 000 25-latków wchodzących w danym roku w dorosłość? i tak będzie przez kilka lat, rok po roku - to musi wygenerować potężną nadpodaż, która będzie rosła i rosła - w najbardziej skrajnym scenariuszu, o 250 000 mieszkań rocznie. Czy w takich warunkach ceny będą rosły? Raczej będą spadać dalej... nie wiem, kto te mieszkania kupi - może samorządy, aby zasilić zasób lokali komunalnych, lub na preferecyjny wynajem? Możliwe hipotetyczne scenariusze, optymistyczne :) : Jeżeli przyjmiemy, że Polska jest naczyniem zamkniętym to powyższa sytuacja się po prostu sprawdzi. Pytanie czy Polska jest naczyniem zamkniętym. Faktem jest iż wraz ze starzeniem i bogaceniem się społeczeństwa wzrośnie zapotrzebowanie na pracowników niewykwalifikowanych, fizycznych i do opieki nad starszymi. Przybędą do polski imigranci, którzy będą musieli gdzieś mieszkać. Jaka ich będzie ilość i kiedy to nastąpi nikt nie wie. To należy traktować jako niewiadomą w szacunkach. Oczywiście - Polska nie jest odizolowana od reszty świata - ale jak dotąd saldo migracyjne jest wyłącznie ujemne - i nie widać szans na zauważalną zmiane, ani GUS tego nie widzi - co nam przyjdzie po np. 20 tysiącach imigrantów rocznie? Zdecydowanie można powiedzieć - 500 000 osób rocznie!!!. tyle musiałoby w okolicy 2025 roku przybywać do Polski co roku przez kilka lat, żeby zatrzymać ten proces. Pół miliona rocznie, żeby wypełnić lukę wśród 25-30 latków...

~fgrfd -

W pędzącej inaczej gospodarczo Polsce czeny mieszkań spadły od kryzysu prawie tyle samo co w pogrążonej w kryzysie Rosji. Oto mamy cud gospodarczy na papierze a w rzeczywistości dno.

~hahahah -

Znowu ta kampania propagandowa komuchów próbujących wcisnąć kit że podwyżki w Polsce (na nagrody i synekury dla funkcjonariuszy PiS) są spowodowane przez "paskudnych imperialistów z RFN". "A głupi naród to kupi" mawia szef TVPisS

Piszesz jako Gość