Przedsiębiorcy biorą wyższe kredyty na mieszkania

Piątek, 10 sierpnia (07:23)

Mikroprzedsiębiorcy biorą wyższe kredyty mieszkaniowe niż zwykli etatowcy, ale te na naprawdę wysokie kwoty okazują się bardzo ryzykowne.

Kto najgorzej spłaca kredyty mieszkaniowe? /©123RF/PICSEL

Z danych BIK wynika, że udział mikroprzedsiębiorców finansujących się jakimkolwiek kredytem firmowym, wśród wszystkich osób zaciągających kredyty mieszkaniowe wynosi 3,8 proc.

W liczbach bezwzględnych wygląda to tak, że łącznie kredyty mieszkaniowe ma 3,68 mln osób, w tym 144 tys. przedsiębiorców. Średnia kwota kredytu w przypadku pierwszej grupy to 203 tys. zł, a wśród mikrofirm jest znacznie wyższa i sięga 296 tys. zł. Trzeba przy tym zaznaczyć, że te dane uwzględniają tylko przedsiębiorców, którzy mają co najmniej jeden rachunek kredytowy związany z prowadzeniem działalności gospodarczej (np. kredyt obrotowy czy firmową kartę kredytową) i wciąż prowadzą swój biznes.

Wyraźnie widać, że osoby prowadzące swój własny biznes znacznie częściej sięgają po kredyty na wysokie kwoty.

Przykładowo, w przedziale od 150 tys. zł do 200 tys. zł udział mikroprzedsiębiorców to tylko 3 proc., ale jeśli weźmiemy pod uwagę kredyty na kwotę przekraczającą 1 mln zł, to ponad 14 proc. zaciągnęli właśnie oni.

- Może to wynikać z kilku powodów. Po pierwsze to grupa, która osiąga wyższe dochody niż zatrudnieni na etatach. Po drugie część z nich pożycza na większe mieszkania z tego względu, że część powierzchni będą przeznaczać na działalność, czyli np. otworzą w nim gabinet kosmetyczny czy studio projektowe. Dotyczy to osób, które zaciągają je jako osoby prywatne mimo prowadzenia swojego biznesu, bo procedura w takich przypadkach jest prostsza choćby z tego względu, że nie trzeba przedstawiać biznesplanów itp. - tłumaczy Waldemar Rogowski, główny analityk BIK.

Jak wygląda spłacalność kredytów przez obydwie grupy?

Po pierwsze widać, że "etatowcy" lepiej spłacają mieszkaniowe długi niż przedsiębiorcy, bo w tej pierwszej grupie udział kredytów hipotecznych z opóźnieniem w spłacie przekraczającym 90 dni wynosi 1,2 proc., a wśród mikroprzedsiębiorców 3 proc. (zarówno działających, jak i tych, którzy zakończyli prowadzenie biznesu).

Natomiast jeśli popatrzymy na kredyty zaciągnięte na kwotę przekraczającą 1 mln zł, to sytuacja wygląda dużo gorzej i różnice są duże wyższe. Po pierwsze widać, że kredyty zaciągnięte na wysokie kwoty zarówno przez osoby nieprowadzące działalności gospodarczej, jak i przez mikroprzedsiębiorców spłacają się dużo gorzej niż te na niższe sumy. W przedziale 150 - 200 tys. zł jest to tylko 0,9 proc., ale już wśród tych, którzy pożyczyli z banków ponad 1 mln zł na mieszkanie, nie płaci w terminie blisko 9 proc. (dla działających mikro jest to 5,9 proc., a dla osób fizycznych 9,2 proc.). Natomiast jeśli weźmiemy pod uwagę wszystkich przedsiębiorców, czyli tych, którzy nadal prowadzą swój biznes, jak i tych zakończyli bądź zawiesili działalność, to wysokich kredytów hipotecznych czyli zaciągniętych na ponad 1 mln zł, nie płaci aż 13,5 proc. Wynika to zapewne z faktu, że w dużej części przypadków zakończenie działalności oznaczało spadek dochodów i wynikające z tego problemy z obsługą zadłużenia.

Jeśli chodzi o samo ubieganie się o kredyt, to podstawowa różnica między "etatowcami" a osobami prowadzącymi własny biznes polega na tym, że ci drudzy muszą się wykazać dłuższym stażem. Jakim konkretnie, zależy od banku. Przykładowo w mBanku analizowany jest dochód mikroprzedsiębiorców co najmniej z ostatnich 12 miesięcy, podczas gdy dla zatrudnionych na umowie o pracę wystarczy 6 miesięcy. W Millennium do wyliczenia kwoty kredytu brany pod uwagę jest średni dochód z ostatnich trzech miesięcy, w przypadku działalności gospodarczej z ostatniego roku (w niektórych przypadkach może być skrócony do 9 miesięcy).

Od tego, jak długo prowadzona jest działalność, może być uzależniona maksymalna kwota kredytu. Przykładowo, w BZ WBK o kredyt do 300 tys. zł może ubiegać się przedsiębiorca, który swój biznes prowadzi co najmniej 12 miesięcy, ale jeśli chce z banku pożyczyć więcej, to musi się wykazać przynajmniej 2-letnim "stażem w biznesie". Oczywiście w przypadku osób zatrudnionych oraz mikrofirm potrzebny jest inny zestaw dokumentów.

Monika Krześniak-Sajewicz

INTERIA.PL

Podziel się

~Future 2050R -

2018 rok, to może być rok dużych spadków, ale nie sądzę, aby to był ostateczny dołek. Optuje , że nie ujrzymy żadnych istotnych wzrostów cen mieszkań przed 2030 rokiem. mówię o średnich cenach. Argumenty przedstawionej poniżej, o których notabene nie mówi rząd, tylko jak mantrę powtarza o konieczności wprowadzania coraz to kolejnych programów zachęcających do inwestowania (czytaj: zadłużania się praktycznie na całe życie) w mieszkania i nieruchomości. Wszelki agencje rządowe wręcz zarzekają się że idą wzrosty na rynku nieruchomości i inwestycja w nieruchomości jest najlepsza formą lokowania kapitału . 1) wahania cen dość dobrze pokrywają się z liczebnością populacji 25-26-latków. W 2008 roku było ich najwięcej prawie 700 000. Żaden późniejszy rocznik nie jest tak liczny - co więcej, za 10 lat 25-latków będzie ok. 2x mniej niż w 2008 roku - to oznacza duuużo mniejszy popyt na "pierwsze mieszkanie" - i to nie tylko chodzi o kupno, ale również o najem. 2) wahania cen są odwrotnie proporcjonalne do liczebności populacji 75-latków, bo śmiertelność i związane z tym "zwalnianie mieszkań" wpływa na podaż. w tym wieku umiera najwięcej osób - a pokolenie obecnych 75-latków jest o 15% mniej liczne, niż być powinno (II wojna światowa) - dlatego to pokolenie dotychczas zostawiało po sobie nienaturalnie mało mieszkań, co nie było w stanie zaspokoić nawet połowy potrzeb rynku. Młodzi ludzie bez mieszkań w spadku "po pradziadkach" szli na rynek pierwotny... Tuż po zakończeniu IIWŚ nastąpił potężny wyż demograficzny, ze szczytem w 1955 roku. Obecni 60-latkowie, to bardzo liczna grupa, będąca właścicielami sporej części rynku nieruchomości. To są ludzie dla których mieszkania (2 miliony) budował Gierek, to są też właściciele setek tysięcy PRLowskich "klocków" i willi z początków transformacji ustrojowej. 1) 2) Co będzie za 15 lat? Co się stanie z milionami mieszkań i domów, gdy zacznie umierać 800 000 starszych osób rocznie, a równocześnie będzie tylko 300 000 25-latków wchodzących w danym roku w dorosłość? i tak będzie przez kilka lat, rok po roku - to musi wygenerować potężną nadpodaż, która będzie rosła i rosła - w najbardziej skrajnym scenariuszu, o 250 000 mieszkań rocznie. Czy w takich warunkach ceny będą rosły? Raczej będą spadać dalej... nie wiem, kto te mieszkania kupi - może samorządy, aby zasilić zasób lokali komunalnych, lub na preferecyjny wynajem? Możliwe hipotetyczne scenariusze, optymistyczne :)

~jkk-54 -

Opodatkować pustostany 2% rocznym podatkiem katastralnym!!! Obniżyć podatki od pracy i produkcji!!! Wtedy ceny mieszkań spadną a zarobki wzrosną pewnie 2 razy. W Niemczech i krajach północnoeueopejskich jest progresywny podatek katastralny, rezultat zarobki 4 razy wyższe niż w Polsce.

~Nie deweloper -

TYLKO JESZCZE ŁÓDŹ !!! Reszta ze względu na cenę zakupu a wynajmu już nie ma sensu. Pomimo że od tamtego roku od lata mieszkania podrożały, to kto teraz jeszcze zainwestuje w nieruchomości w tym mieście to za parę lat będzie sobie brawo bił i liczył kaskę. Bo Łódź teraz jest na fali wznoszącej zaczyna świetnie się rozwijać, dużo fajnych inwestycji miejskich i poza miejskich a ceny mieszkań jeszcze i tak co najmniej o połowę za małe jak na takie duże miasto z perspektywami...I już nie pomoże żadne zaklinanie rzeczywistosć, czy wpisy trolli , bo to już są fakty - ŁÓDZKA LAWINA RUSZYŁA!!!!

Gość

Piszesz jako Gość