Nadzór zaskoczył bankowców

Poniedziałek, 20 sierpnia (10:51)

Polacy nie zaczną brać kredytów o oprocentowaniu stałym przez kilka lat, bo są one droższe od tych o zmiennym, a rekomendacja Komisji Nadzoru Finansowego tego nie zmieni. Projekt nowelizacji rekomendacji S nie porządkuje najbardziej kontrowersyjnego elementu jaki łączy się z tym typem kredytów, czyli rekompensat za wcześniejszą spłatę. Za to zaskoczył bankowców opcją "klucz za dług". Przypomnijmy, że KNF przygotowała długo wyczekiwany projekt zmian w "Rekomendacji S" i zgodnie z nim każdy bank oferujący kredyty hipoteczne będzie musiał zaoferować również kredyty o stałym lub czasowo stałym oprocentowaniu, które będzie obowiązywało co najmniej przez 5 lat.

Będzie problem z nowymi kredytami... /©123RF/PICSEL

Trudno jednak oczekiwać, że nawet wówczas gdy tak się stanie, to klienci zaczną brać takie kredyty. Dlaczego? Z prostego powodu, w obecnych warunkach są one droższe i klienci ich nie chcą.

A już dziś takie produkty mają jw ofercie BZ WBK i ING Bank Śląski. Pierwszy z nich udostępnia takie kredyty już od kilku lat (teraz w ofercie standardowej oprocentowanie zmienne wynosi 3,9 proc. a w promocyjnej 3,7 proc., natomiast stałe w okresie 5 lat wynosi 4,85 proc.), ale zainteresowanie jest niewielkie, a ich udział wśród nowo udzielanych nie sięga nawet 1 proc.

Klienci nie chcą droższych kredytów

W ING Banku Śląskim w przypadku standardowej oferty zmienne oprocentowanie wyniesie 4,3 proc., a stałe przez 5 lat 4,7 proc. Różnica w oprocentowaniu wynosi więc około 0,5 pkt proc. Czy klienci są w stanie ją zaakceptować, by mieć pewność, że rata im nie wzrośnie w tym okresie? Wychodzi na to, że nie. Bank jeszcze nie podaje żadnych liczb, okres oferowana tych kredytów wynosi niewiele ponad dwa miesiące, ale z naszych informacji wynika, że zainteresowanie jest nikłe.

Z kolei PKO BP zapowiedział taki produkt na trzeci kwartał i czekał z jego udostępnieniem na rekomendację nadzoru. Z naszych informacji wynika, że pojawi się już w najbliższych dniach.

Bankowcy od dawna przekonują, że bez zachęt podatkowych czy regulacyjnych sytuacja się nie zmieni (jesteśmy jedynym krajem w OECD, w którym niemal 100 proc. kredytów hipotecznych ma zmienne oprocentowanie), bo takie kredyty nadal będą droższe. W nieoficjalnych rozmowach przedstawiciele sektora tłumaczą, że dziś koszt instrumentu zabezpieczającego przekłada się na 0,7-0,9 pkt proc. różnicy w oprocentowaniu kredytu, ale jeśli WIBOR pójdzie w górę, ta różnica się zwiększy.

To w praktyce oznacza, że rekomendacja w żaden sposób nie wpłynie na wzrost popularności tych kredytów. Jednak obowiązek posiadania tych kredytów przez banki da klientowi wybór, a jednocześnie odpowiedzialność za decyzję jeśli stopy procentowe wzrosną, a wraz z nimi raty kredytów.

Rekompensata za wcześniejszą spłatę

Rekomendacja nie odnosi się w żadnym miejscu do najbardziej kłopotliwego elementu oferty kredytów o stałej i okresowo stałym oprocentowaniu, a mianowicie do wysokości rekompensaty dla banku w sytuacji, gdyby klient spłacił taki kredyt przed czasem. W uproszczeniu chodzi o to, że bank chcąc udzielić kredytu ze stałym oprocentowaniem musi kupić odpowiednie instrumenty zabezpieczające przed zmianą stóp, a jeśli klient spłaci kredyt wcześniej to bank już na tym kredycie nie zarabia, a wciąż ponosi koszt zabezpieczenia.

Zgodnie z ustawą o kredycie hipotecznym, w przypadku kredytów o stałej stopie bank może ją w takiej sytuacji pobrać, ale nie może ona być wyższa niż koszty kredytodawcy bezpośrednio związane z przedterminową spłatą.

I tu jest problem, jak wyliczyć koszt dla indywidualnego przypadku, bo przecież banki kupują takie instrumenty "portfelowo", a nie pojedynczo dla każdego z osobna. Bankowcy zgłaszali ten problem na etapie wcześniejszych konsultacji i ewentualne propozycje, ale ten element w ogóle nie znalazł się w projekcie rekomendacji. To oznacza, że nie będzie rynkowego standardu i banki będą musiały tworzyć własne wzory na wyliczenie tych kosztów, co utrudni m.in. porównywanie atrakcyjności ofert, ale także rodzi ryzyko, że mogą być kwestionowane przez klientów.

Pojawiają się jednak również opinie, że szczegółowe zasady wyliczania takiej rekompensaty powinny się znaleźć w ustawie, która jest "twardym prawem", a nie w rekomendacji. Inny pomysł wymieniany przez bankowców to wydanie wytycznych przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów do zapisu ustawowego.

Jednak raczej nie ma co na to liczyć, bo niedawno, prezes Urzędu Marek Niechciał, w wywiadzie dla Interii pytany o to czy UOKiK chciałby wziąć udział w konsultacjach nad wypracowaniem zasad oferowania kredytów o stałej stopie, odpowiedział, że Urząd możemy przekazywać pewne spostrzeżenia, zwracać uwagę na to co nam się nie podoba, ale nie wyda formalnego "certyfikatu", bo nie może przejmować odpowiedzialności za działania branży.

Obecnie ani ING Bank Śląski ani BZ WBK nie pobierają takiej opłaty, ale przy tak niskiej skali udzielania kredytów to na razie nie jest problem. Natomiast jeśli zakładamy, że kredyty o stałym oprocentowaniu zaczną się cieszyć "większym wzięciem", to ten problem trzeba szybko rozwiązać.

Dla kogo klucz za dług?

Za to zaskakującym elementem projektu rekomendacji, którego bankowcy się nie spodziewali jest opcja kredytu "klucz za dług". Na polskim rynku to nowość. Jednak zgodnie z rekomendacją, to nie jest mechanizm, z którego mogą skorzystać wszyscy posiadacze kredytów.

Byłaby to opcja dostępna dla lepiej sytuowanych klientów, o dochodach wyższych od przeciętnych, gdzie maksymalna dopuszczalna relacja wydatków na raty kredytowe do dochodu może wynosić najwyżej 35 proc., a wkład własny co najmniej 30 proc.

Taki kredyt jest bardziej ryzykowny dla banku, co oznacza, że będzie droższy od porównywalnego, ale bez tej opcji. Dla klienta, który by się jednak zdecydował, oznacza to pewność, że jeśli "mu się noga powinie" w trakcie spłaty, to przekazuje mieszkanie bankowi, ale jest wolny od zadłużenia.

Trudno w tej sytuacji jednak ocenić do kogo taki kredyt jest skierowany czyli komu opłacałoby się go zaciągnąć. - Dlatego nie należy się spodziewać wysypu tego typu ofert, chociaż banki bardziej agresywne sprzedażowo mogą go zaoferować i tym przyciągnąć klientów - mówi jeden z naszych rozmówców z sektora bankowego.

Bankowcy ostrzegają, że gdyby ten kredyt się jednak upowszechnił, byłoby to bardzo ryzykowne dla sektora, a w sytuacji gdyby klienci masowo oddawali mieszkania, to mogłoby spowodować nagły spadek cen nieruchomości.

- Można sobie wyobrazić jednak sytuację, w której ktoś kupuje mieszkanie do celów prywatnych, ale jednak je wynajmuje czerpiąc z tego wysokie korzyści i zarabia na tym tyle dużo, że w pewnym momencie będzie wolał oddać klucze i dalej nie spłacać kredytu? - zastanawia się jeden z bankowców.

Monika Krześniak-Sajewicz

INTERIA.PL

Podziel się

~uyr -

W czasach waluty wirtualnej istnienie banków, giełd, ratingów, cen walut itp. jest kpiną z ludzkiej inteligencji. Pomyślmy o takim przypadku. Kredytobiorca otrzymuje z banku kredyt w wysokości 300 tys. zł. Wykreowany z kosmosu, czyli z próżni. Buduje za to dom. Kupno materiałów i zapłata pracownikom wyczerpuje mu kredyt. Państwo na podatkach plus ZUS ma z tego kredytu około 50 tysięcy złotych. Potem kredytobiorca spłaca kredyt. Kapitał plus odsetki np. 300 tys. zł plus 150 tys. zł. Razem 450 tyś. zł. będących efektem jego pracy. Nie kreacji z próżni! W efekcie kredytodawca, który wykreował kredyt z niczego, zarabia 9 razy więcej niż państwo. A 450 tys. zł stanowi własność bankierów, które trafiają gdzieś na "kajmany". Państwo "zarobiło" 10%, a bankierzy 90%. Z niczego!!! A przecież państwo może zarobić 100%. To tylko kwestia organizacji obiegu finansowego w państwie. Obecnie istniejący mechanizm kredytowy jest dobitnym przykładem na istnienie chorego układu, w którym państwa i ludzie zwyczajnie są ograbiani z efektów pracy. A tak wcale być nie musi. Każde państwo powinno mieć wyłączne prawo do kreowania własnej waluty, jako kryptowaluty. I nie ma tutaj żadnych ograniczeń na inwestycje. Komputery banków wcale nie są lepsze od państwowych. To samo dotyczy "kredytów państw". Zadłużanie państw nie powinno istnieć, bo państwa mają wystarczającą ilość swoich bitów w swoich komputerach. Nie muszą ich brać od bankierów, czyniąc z narodów niewolników z powodu głupoty rządzących.

~uyr -

Reklamy dotyczące finansów - to jest nakłanianie do niekorzystnego rozporządzania mieniem, z zastosowaniem podstępu medialnego. Takie reklamy powinny być ścigane przez prokuraturę z urzędu, bo dotyczą nadużyć w skali masowej i na znaczną wartość. Niczym Amber Gold.

~Aaron Cyngwajs -

W Polin jeszcze dłuuuuuuuuugo nie zostanie wprowadzone żadne rozwiązanie, na którym zyskują klienci banków. Kondominium rosyjsko-niemieckie pod zarządem komisarycznym górali ze wzgórz Golan.

Gość

Piszesz jako Gość