FTSE Russell zmienia klasyfikację Polski

Poniedziałek, 24 września (17:14)

To bez wątpienia ważny dzień dla polskiego rynku kapitałowego. Bowiem, to właśnie dzisiaj, 24 września br., wchodzi w życie decyzja, ogłoszona rok temu przez agencję indeksową FTSE Russell, o zmianie klasyfikacji Polski z grupy "emerging markets" (krajów rozwijających się) do "developed markets" (krajów rozwiniętych).

Fot. Bartosz Bednarz /INTERIA.PL

Tym samym Polska znalazła się w gronie 25 najbardziej rozwiniętych gospodarek świata, a PKO Bank Polski, który jako jedyny trafił do grupy spółek dużych, znalazł się na giełdzie w towarzystwie takich gigantów jak Microsoft i Apple.

Decyzja o przesunięciu Polski z koszyka rynków wschodzących do rozwiniętych przez FTSE Russell jest pierwszą tego typu, podjętą przez agencję od ponad dekady.

- To długa droga, którą Polska pokonała, chociaż przeszła ją w ekspresowym tempie. Izrael, Korea Południowa potrzebowały dwa razy dłuższego czasu niż my, by dołączyć do grupy rynków rozwiniętych.

Wydaje się, że to była korzysta decyzja dla obu stron: inwestorzy dostali możliwość zaangażowania na rynku o bardzo dobrych podstawach makroekonomicznych i atrakcyjnych wskaźnikach, chociażby ceny do zysku czy wyceny do EBITDA - mówi Interii Marek Dietl, prezes Giełdy Papierów Wartościowych. Dodaje także, że przed Polską wiele pracy, by na mapie inwestycyjnej świata w jak największym stopniu być widocznym i obecnym. - Muszą się w to włączyć spółki, biura maklerskie. Giełda jest tylko jednym z elementów. To wysiłek całego rynku - dodaje Dietl.

- To ważny dzień, pokazujący, że rodzimy rynek przechodzi na inny etap rozwoju - twierdzi Paweł Borys, prezes Polskiego Funduszu Rozwoju. Podobnie jednak jak prezes giełdy studzi emocje i przypomina, że przez Polską wiele pracy. - Nie możemy osiadać na laurach. Trzeba mieć świadomość tego, że dołączając do grona rynków rozwiniętych i uzyskując dostęp do tych największych funduszy inwestujących na świecie, jeszcze nie przesądzamy o długoterminowym sukcesie rodzimego rynku kapitałowego - ocenia Borys.

Co się zmienia?

W długim terminie dzięki zmianie klasyfikacji także ryzyko krajowe będzie niższe. - Natomiast w krótszym terminie dojdzie do przebudowy portfeli inwestorów. W piątek mieliśmy tego przedsmak. Ok. 5,5 mld zł przeszło przez rynek, co pokazuje, że zmiana ta nie jest niezauważalna - ocenia prezes giełdy. Jego zdaniem, najbliższe półtora roku minie pod znakiem przebudowy portfeli, a kolejne lata - powinny przynieść m.in. wzrost wskaźnika ceny do zysku.

Zmiana kwalifikacji wiąże się z przesunięciem w ramach indeksów FTSE polskich spółek z grupy rynków rozwijających się do indeksów z koszyka państw rynków rozwiniętych. Ostatecznie trafiło do nich 37 polskich firm.

Jakie korzyści widzą z reklasyfikacji rodzime firmy, które trafiły do indeksów zarządzanych przez agencję?

- Awans Polski do indeksu spółek rozwiniętych i zaklasyfikowanie PKO Banku Polskiego do grupy spółek dużych powodują, że możemy teraz docierać do tych inwestorów, którzy dotychczas nie inwestowali na polskim rynku - tłumaczy Jakub Papierski, wiceprezes PKO Banku Polskiego.

- Z perspektywy zarządu banku, ta reklasyfikacja, traktowana bardzo narzędziowo, pozwala dotrzeć do szerszej grupy inwestorów, którzy mogą kupować papiery wartościowe PKO Banku Polskiego. Dzięki awansowi będzie można emitować papiery wartościowe na lepszych warunkach i plasować ich więcej na bardziej płynnym rynku. To jest korzystne dla nas jako emitenta, który potrzebuje kapitału na rozwój - dodaje wiceprezes PKO Banku Polskiego.

PKO BP - co warto podkreślić - jest znaczącym emitentem papierów wartościowych: akcji, obligacji, jak również listów zastawnych. Na zmianie skorzysta jednak nie tylko największa spółka w Polsce. Także te mniejsze, które trafiły m.in. do indeksu średnich spółek (tzw. mid cap), w tym np. PZU.

- To jest szansa dla wszystkich spółek, które weszły do grupy rynków rozwiniętych, by promować Polskę, by relacje inwestorskie były na takim poziomie, jak to ma miejsce na rynkach rozwiniętych. Przed nami dużo pracy promocyjnej i pracy nad standardami, by te były odpowiedniej jakości. Spółki, w indeksach rynków rozwiniętych są w jak najlepszej pozycji by przekonać inwestorów, że Polska jest dobrym miejscem do inwestowania - mówi Interii Marcin Adamczyk, prezes TFI PZU.

Zainteresować tych dużych

Co do zasady, mechanizm inwestycyjny w oparciu o indeks krajów rozwiniętych jest bardzo podobny do tego, który był wcześniej, tj. kiedy Polska była kwalifikowana jako rynek rozwijający się. Natomiast liczba inwestorów, którzy dzisiaj mogą w Polsce inwestować, liczba śledzących indeks FTSE Russell Stoxx 600, jak i zasobność tych inwestorów będzie znacząco większa. - To oznacza, że nawet przy niewielkim udziale Polski w dużo większej puli pieniądza na rynku, wpływ reklasyfikacji na polski rynek będzie pozytywny i - co ważne - zapewni mu większą stabilność - ocenia Papierski.

- Na pewno (reklasyfikacja - przyp. red.) pozytywnie wpływa na wizerunek polskiej gospodarki na świecie i daje dostęp do nowego grona inwestorów. Jesteśmy teraz w optymalnym miejscu: z jednej strony w części indeksów Polska wciąż jest rynkiem rozwijającym się (np. indeksie MSCI), z drugiej, w FTSE Russell rynkiem rozwiniętym. Dzięki temu mamy dostęp i do grona inwestorów zainteresowanych rynkiem rozwijającym się, jak i rozwiniętym. To optymalna sytuacja i szeroka baza inwestorów.

Co więcej obniża to też ryzyko w sytuacjach kryzysowych, gdy pieniądze głównie odpływają z funduszy rynków wschodzących. Mocno odczuliśmy to w 2009 r, gdy odpływ funduszy spowodował, że WIG spadł 50 proc. Środki płyną wtedy do krajów rozwiniętych, gdzie ryzyko jest oceniane jako niższe. Jest to pewien rodzaj stabilności rynku - dodaje Borys.

Rzecz w tym, że wiele zależy od decyzji inwestycyjnych dużych funduszy o zasięgu globalnym, tego gdzie alokują swoje pieniądze. - Te decyzje są oparte na postrzeganiu danego kraju przez pryzmat czynników makroekonomicznych, jak również wyników najważniejszych spółek, które w danym kraju operują. Jeżeli nasza gospodarka i nasze spółki będą dla inwestorów wyglądać atrakcyjnie, to oni zdecydują się na inwestowanie w Polsce i więcej kapitału napłynie na polską giełdę - mówi wiceprezes PKO Banku Polskiego.

Co zrobić zatem, by wykorzystać szansę, która płynie ze zmiany klasyfikacji Polski i zachęcić zagranicznych inwestorów, by przychylnym okiem spoglądali w stronę polskiego rynku kapitałowego?

- Niezbędne jest to, żeby rozwijać lokalną bazę inwestorów długoterminowych. Znane są przecież historie, że rynki zaliczone do koszyka krajów rozwiniętych nie rozwijały się przeszłości właśnie przez to, że nie udało im się stworzyć silnych lokalnych funduszy. Inwestorzy zagraniczni zwracają uwagę czy lokalna baza kapitałowa jest silna.

W Polsce mogą to być m.in. Pracownicze Plany Kapitałowe, bo oszczędności emerytalne są na całym świecie główną dźwignią rozwojową rynku kapitałowego. Tak jak depozyty bankowe są dźwignią dla sektora bankowego, tak fundusze emerytalne dla rynku kapitałowego - przypomina Borys.

A to oznacza, że o tym, czy będziemy silnym rynkiem o znaczeniu europejskim będzie decydować kilka czynników: to czy zbudujemy kapitał lokalny, głównie oparty o fundusze inwestycyjne i fundusze emerytalne z dużą bazą inwestorów w regionie; czy uda się przekonać dużych graczy na rynku, by zainteresowali się Polską i spółkami notowanymi na warszawskim parkiecie.

Ważna będzie również transformacja struktury gospodarki w kierunku coraz bardziej nowoczesnej. To zdecyduje czy na polskiej giełdzie będą pojawiać się firmy z atrakcyjnych sektorów, które inwestorzy chcą mieć w portfelach. - Życzyłbym sobie, by jak najwięcej nowoczesnych sektorów gospodarki było obecnych na warszawskiej giełdzie. O sukcesie rynku zdecydują nie tylko inwestorzy, ale też dobra jakość spółek - mówi Borys.

Wizerunkowo Polska zyska

Polska, będąc obecnie największą gospodarką w Europie Środkowo-Wschodniej - jest jedyną jak dotąd w regionie, która została zaliczona do grona gospodarek rozwiniętych.

- Wchodzimy w nowe grupy inwestorów. Do tej pory interesowali się Polską inwestorzy, którzy byli dedykowani do rynków rozwijających się. Teraz musimy patrzeć globalnie. To jest np. rynek azjatycki, fundusze na Bliskim Wschodzie. Oczywiście standardowe pule kapitału jak Ameryka, Londyn, Japonia. Trzeba patrzeć szeroko - ocenia Adamczyk.

Uznanie Polski jako rynku rozwiniętego budzi wiele emocji. Z jednej strony to pytania odnośnie do przyszłości: czy lepiej być dużym wśród średniaków (kraje rozwijające się) czy małym wśród największych gospodarek globu: Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Japonii, Australii (gospodarki rozwinięte)?

Udział polskich spółek w koszyku krajów rozwiniętych stanowi 0,154 proc. To zdecydowanie mniej niż dla grupy krajów rozwijających się, gdzie było to 1,33 proc.

- Waga Polski w nowym indeksie nie jest duża, a wszystkie spółki które weszły do indeksu muszą wykonać ogromną pracę. Na PKO Banku Polskim spoczywa wyjątkowa odpowiedzialność, bo jesteśmy największą polską spółką, z największą wagą w tym indeksie. Ze względu na pozycję w polskiej gospodarce, płynność naszych papierów wartościowych - wierzymy, że to do nas trafią pierwsze kroki tych nowych inwestorów - mówi Papierski.

Nie bez powodu. PKO Bank Polski wszedł do indeksu Eurostoxx 50. Bank jest notowany na GPW od listopada 2004 roku, a obecnie to najcenniejsza spółką na warszawskim parkiecie z kapitalizacją przekraczającą 50 mld zł. Aktywa banku to dzisiaj blisko 300 mld zł.

Duże fundusze inwestycyjne, które dotychczas miały zakaz inwestowania w spółki krajów rozwijających się, teraz - po zmianie kwalifikacji - mogą częściej spoglądać w stronę polskich podmiotów notowanych na giełdzie. Konkurencja będzie jednak znacznie większa.

- Konkurujemy ze wszystkimi.

Decyzja o włączeniu Polski do koszyka krajów rozwiniętych dotyczy jednego dostawcy indeksów. Według innego wciąż jesteśmy cały czas klasyfikowani jako rynek wschodzący. W dobie globalizacji podział na koszyki może jest ważny dla inwestorów pasywnych. Aktywnie inwestujący starają się oceniając fundamenty gospodarcze, wyceny, przepływy i płynność.

Tutaj jest to jakby najważniejsze. Bycie w kilku koszykach jednocześnie stanowi szanse na poprawę płynności - mówi Adamczyk.

Z Londynu Bartosz Bednarz

INTERIA.PL

Podziel się
Gość

Piszesz jako Gość