Rekordzista spłaca 44 kredyty mieszkaniowe

Środa, 10 października (17:10)

Kredyty mieszkaniowe ma 3,3 miliona Polaków, a w tym roku możemy zaciągnąć na ten cel rekordową kwotę. Łącznie z tego tytułu mamy do spłacenia 420 mld zł. Większość z nas ma tylko jedno takie zobowiązanie, ale rekordzista aż kilkadziesiąt.

Blisko 4 miliony Polaków możre mieć problem /©123RF/PICSEL

Blisko 4 miliony Polaków spłaca kredyt mieszkaniowy

W pierwszym półroczu 2018 banki udzieliły kredytów mieszkaniowych na kwotę 28 mld zł, co oznacza wzrost w porównaniu z poprzednim rokiem o 17 proc. Jeśli takie tempo się utrzyma, to w całym roku kwoto jaką Polacy zaciągną na zakup mieszkań sięgnie 55 mld zł. Byłby to rekord tej dekady- szacują eksperci Biura Informacji Kredytowej.

Wpływ na ten wynik ma program MdM, który w poprzednich katach podnosił sprzedaż w pierwszej części roku i w tym może być podobnie.

Patrząc na to ile kredytów zostało w tym czasie zaciągniętych, to było to 117 tys., o blisko 8 proc. więcej niż rok wcześniej. To efekt drożejących mieszkań, co zmusza do zaciągania wyższych kredytów.

Ceny mieszkań biją rekordy i coraz częściej pada pytanie kiedy zaczną spadać. Tym ciekawiej przedstawiają się szacunki pokazujące, że ludzie biorą kredyty i kupują lokale nie tylko celach mieszkaniowych, ale również inwestycyjnych.

W czerwcu 2018 roku ponad 3,8 miliona osób miało czynne kredyty mieszkaniowe. W ciągu roku ta grupa się powiększyła o ponad 100 tys. kredytobiorców. Na koniec czerwca z tego tytułu byliśmy winni bankom 420 mld zł.

Zdecydowana większość ma oczywiści jeden kredyt mieszkaniowy, ale są tacy którzy zdecydowani wyłamują się ze średniej krajowej.

Około 85 proc. kredytobiorców zaciągnęło dotąd 1-2 kredyty (brane są pod uwagę zarówno czynne jak i już zamknięte). Jednak w bazie BIK są osoby, które mają "dwucyfrowe wyniki". Blisko pół tysiąca osób ma co najmniej 10 takich kredytów. Aż 23 osoby zaciągnęły 20 lub więcej kredytów mieszkaniowych, a rekordzista podpisał 66 umów, z których 44 nadal obsługuje. Wszystkie podpisał z tym samym bankiem.

W oparciu o dane dotyczące liczby czynnych kredytów, BIK szacuje liczbę osób finansujących kredytem inwestycje mieszkaniowe na sprzedaż lub wynajem w przedziale 50-70 tys. osób. Tymczasem coraz więcej ekspertów zwraca uwagę, że przy tak wysokich cenach mieszkań jakie mamy obecnie, to już nie musi być taki opłacalny biznes, a kalkulacje są często oparte na bardzo optymistycznych założeniach.

Monika Krześniak-Sajewicz

INTERIA.PL

Podziel się

~4444 -

Wyłazi nieuctwo i brak wyobraźni. Dlaczego kupowaliście mieszkania na kredyt po 6000 dolarów/metr (12.000 PLN/metr i dolar po 2 PLN) skoro kilka lat wcześniej takie same chałupy były po około 900 dolców/metr (4000 PLN i dolar po 4,5 PLN). Czy ktoś Wam kazał? Jak braliście tzw. "tanie" kredyty jak SZALENI, to SAMI powodowaliście gigantyczny wzrost cen na rynku. Kupowaliście dziury w ziemi. Trzeba było wynająć jakieś lokum i przeczekać to szaleństwo (wariackich cen mieszkań i wyśrubowanego ponad wszelką miarę tj. bardzo mocnego złotego). Lub też jeszcze parę latek pomieszkać z Mamusią i Tatusiem. A teraz szukacie winnych. Ale prawdziwa tragedia może być dopiero przed Wami. Po okresie minimalnej inflacji, może nastąpić jej wybuch. I rata nie wzrośnie o głupie 500-1000 złotych, ale kilkakrotnie. Jak to się stanie (oby się nie stało), to większość z Was wyleci z wielkim hukiem z chałup, a ich ceny spadną na pysk. Poczytajcie co było np. w ukochanych przez Was Stanach. Ale to była dopiero przystawka do głównego dania, które zostanie Wam zaserwowane. W moim przekonaniu kredyt, to największe zło i jest do zaakceptowania jako jedynie niewielkie uzupełnienie kapitału niezbędnego do nabycia mieszkania lub domu. Zapamiętajcie sobie: DOBROBYT NA KREDYT NIE ISTNIEJE. To droga do piekła

~Investor -

W Łodzi wygląda to tak. Kawalerka po kosztach notarialnych, remoncie i wyposażenia to okazyjnie jakieś 170 tyś. A zysk miesięczny z niej 800 zł.od tego jeszcze podatek. Czyli zwrot inwestycji optymistycznie po jakiś 17 latach. Interes życia, nie ma co...

~future 2050r -

2018 rok, to może być rok dużych spadków, ale nie sądzę, aby to był ostateczny dołek. Optuje , że nie ujrzymy żadnych istotnych wzrostów cen mieszkań przed 2030 rokiem. mówię o średnich cenach. Argumenty przedstawionej poniżej, o których notabene nie mówi rząd, tylko jak mantrę powtarza o konieczności wprowadzania coraz to kolejnych programów zachęcających do inwestowania (czytaj: zadłużania się praktycznie na całe życie) w mieszkania i nieruchomości. Wszelki agencje rządowe wręcz zarzekają się że idą wzrosty na rynku nieruchomości i inwestycja w nieruchomości jest najlepsza formą lokowania kapitału . 1) wahania cen dość dobrze pokrywają się z liczebnością populacji 25-26-latków. W 2008 roku było ich najwięcej prawie 700 000. Żaden późniejszy rocznik nie jest tak liczny - co więcej, za 10 lat 25-latków będzie ok. 2x mniej niż w 2008 roku - to oznacza duuużo mniejszy popyt na "pierwsze mieszkanie" - i to nie tylko chodzi o kupno, ale również o najem. 2) wahania cen są odwrotnie proporcjonalne do liczebności populacji 75-latków, bo śmiertelność i związane z tym "zwalnianie mieszkań" wpływa na podaż. w tym wieku umiera najwięcej osób - a pokolenie obecnych 75-latków jest o 15% mniej liczne, niż być powinno (II wojna światowa) - dlatego to pokolenie dotychczas zostawiało po sobie nienaturalnie mało mieszkań, co nie było w stanie zaspokoić nawet połowy potrzeb rynku. Młodzi ludzie bez mieszkań w spadku "po pradziadkach" szli na rynek pierwotny... Tuż po zakończeniu IIWŚ nastąpił potężny wyż demograficzny, ze szczytem w 1955 roku. Obecni 60-latkowie, to bardzo liczna grupa, będąca właścicielami sporej części rynku nieruchomości. To są ludzie dla których mieszkania (2 miliony) budował Gierek, to są też właściciele setek tysięcy PRLowskich "klocków" i willi z początków transformacji ustrojowej. 1) 2) Co będzie za 15 lat? Co się stanie z milionami mieszkań i domów, gdy zacznie umierać 800 000 starszych osób rocznie, a równocześnie będzie tylko 300 000 25-latków wchodzących w danym roku w dorosłość? i tak będzie przez kilka lat, rok po roku - to musi wygenerować potężną nadpodaż, która będzie rosła i rosła - w najbardziej skrajnym scenariuszu, o 250 000 mieszkań rocznie. Czy w takich warunkach ceny będą rosły? Raczej będą spadać dalej... nie wiem, kto te mieszkania kupi - może samorządy, aby zasilić zasób lokali komunalnych, lub na preferecyjny wynajem? Możliwe hipotetyczne scenariusze, optymistyczne :) : Jeżeli przyjmiemy, że Polska jest naczyniem zamkniętym to powyższa sytuacja się po prostu sprawdzi. Pytanie czy Polska jest naczyniem zamkniętym. Faktem jest iż wraz ze starzeniem i bogaceniem się społeczeństwa wzrośnie zapotrzebowanie na pracowników niewykwalifikowanych, fizycznych i do opieki nad starszymi. Przybędą do polski imigranci, którzy będą musieli gdzieś mieszkać. Jaka ich będzie ilość i kiedy to nastąpi nikt nie wie. To należy traktować jako niewiadomą w szacunkach. Oczywiście - Polska nie jest odizolowana od reszty świata

~Ja -

Rozdają kredyty na lewo i prawo , jak przychodzi do spłaty to nie ma. Najgorsze jest to że dużą liczbą ludzi chce kupić mieszkanie przez to psuje rynek nieruchomości, developerzy podnoszą ceny do absurdalnych wysokości

Gość

Piszesz jako Gość