5 lat dla podpalacza aut. W systemie terapeutycznym

Warszawski sąd okręgowy utrzymał w czwartek w mocy wyrok pięciu lat więzienia dla Jacka Tomczaka, oskarżonego o podpalenia aut w centrum Warszawy.

Według sądu wina jest bezsporna. Mężczyzna ma odbyć karę w systemie terapeutycznym.   Sąd zaczął badać apelację w tej sprawie w poniedziałek. W czwartek sąd uchylił jedynie wyrok w zakresie nawiązki, która miała wynieść ok. 206 tys. zł. Wyrok jest prawomocny; obrońcy nie chcieli w czwartek powiedzieć dziennikarzom czy będą składać kasację.   

W długim, odnoszącym się szczegółowo do apelacji obrony uzasadnieniu, sędzia Grażyna Puchalska, podkreśliła m.in., że o tym, iż oskarżony był sprawcą, świadczy choćby "unikalny sposób podpalenia aut", na co wskazywali w procesie biegli.    Sędzia dodała, że szkodliwość społeczna czynów popełnionych przez Tomczaka nie budzi żadnych wątpliwości, a jego działanie nie było incydentalne. Według sądu drugiej instancji, nie wykazał on też chęci poprawy - co widoczne jest w tym, że podpalał auta w różnym czasie.  

Reklama

 Puchalska podkreśliła, że izolacja i podjęcie terapii są w tym przypadku konieczne do resocjalizacji oskarżonego; zastrzegła, że skuteczne nie byłoby np. zawieszenie kary. "Kara pięciu lat pozbawienia wolności nie charakteryzuje się aż taką surowością, by ją złagodzić" - dodała. Przypomniała, że prokuratura domagała się sześciu lat więzienia; a czyny, które popełnił zagrożone są karą do 10 lat więzienia.    Jednym z zarzutów obrony, który podnoszony był w apelacji, była niezgodna z zasadami ocena dowodów i naruszenie zasady

niewinności oskarżonego, który nie był wcześniej karany. Obrońcy kwestionowali też kwalifikację prawną czynów oskarżonego.

Według nich SR nie wyjaśnił, czemu część z nich uznał za "sprowadzenie pożaru zagrażającego życiu lub zdrowiu wielu osób albo mieniu w wielkich rozmiarach", a część za zniszczenie mienia.  

W uzasadnieniu podtrzymania wyroku sędzia Puchalska podkreśliła, że obrona nadinterpretuje materiały dowodowe, w taki sposób, by "wykluczyć oskarżonego ze sprawstwa". Dodała, że w złożonej apelacji została też "zbytnio uproszczona" zasada rozstrzygania wątpliwości na rzecz oskarżonego. Kilkakrotnie powtarzała, że mężczyzna był rozpoznany przez świadków, a o jego obecności w pobliżu podpalonych aut świadczyło m.in. logowanie telefonu. Według niej zebrane dowody, nawet jeśli miały charakter poszlakowy, układały się w logiczną całość.  

 Z kolei uchylenie nawiązki, sąd II instancji wyjaśnił tym, że koszty zniszczenia aut pokryli już poszkodowanym ubezpieczyciele. Nie wykluczył równocześnie, możliwości wystąpienia ubezpieczyciela na drogę sądową o zwrot kosztów. Sąd nadmienił jednak, że "koszty" te muszą zostać dokładnie wyliczone.   

Oskarżony jest synem znanego adwokata. Mec. Michał Tomczak, który był jednym z jego obrońców (zgodził się na podawania nazwiska syna - PAP), nie chciał w czwartek rozmawiać z dziennikarzami. Wcześniej, podczas uzasadniania wyroku, wnosząc o zakazanie robienia przez dziennikarzy, zdjęć obrońcom i bliskim syna, powiedział, że "sprawa ta toczy się pod presją mediów". Część uzasadnienia - dotycząca stanu zdrowia skazanego - została na wniosek obrony utajniona. 

  W poniedziałek, gdy SO zaczął badać apelację, Tomczak powiedział odnosząc się do syna: "Zrobienie z niego potwora, który podpalał dla zabawy samochody, bo jest pod ochroną możnych rodziców, jest kompletnym nieporozumieniem". Przekonywał też, że czyny, które mu zarzucono, to "wynik głębokiego zaburzenia i zagubienia", a nie premedytacji. "Sądy nie wyleczą Jacka, bo to zadanie najbliższych i systemu" - dodał.   

Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia skazał Tomczaka w kwietniu br. Odpowiadał on za "sprowadzenie pożaru zagrażającego mieniu w wielkich rozmiarach" - podpaleń aut w styczniu 2012 r. w Ursusie oraz potem w centrum Warszawy, m.in. na ul. Oleandrów - oraz drzwi do Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie w 2011 r. Tylko do tego ostatniego czynu podsądny się przyznał.   

Począwszy od 2011 r., Jacek Tomczak był kilkakrotnie zatrzymywany, a następnie oskarżony o serie podpaleń aut w różnych częściach Warszawy. Trafiał też do aresztu. W kwietniu 2011 r. miał podpalić w sumie dziewięć aut. Głośno o nim zrobiło się w 2012 r., gdy został zatrzymany w związku z podpaleniem samochodów w Śródmieściu, m.in. w okolicach pl. Zbawiciela, na ul. Oleandrów i Nowowiejskiej. W grudniu 2013 r. podpalił auto na Gocławiu. Według policji ma na koncie podpalenia kilkudziesięciu samochodów w całej Warszawie. W pierwszej instancji trwa inny jego proces za podpalenia aut.

PAP
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy