Polska elektromobilność, czyli nowy kabaret

Czwartek, 22 czerwca (23:19)

Po ogłoszeniu wyników pierwszego etapu konkursu na koncepcję polskiego samochodu elektrycznego na jego organizatorów spłynęła fala bezkompromisowej krytyki. Kpi się z samej idei wspomnianego przedsięwzięcia, a jeszcze bardziej z poziomu zakwalifikowanych do kolejnej fazy prac. Moim zdaniem zupełnie niesłusznie. Szydercy popełniają bowiem jeden, zasadniczy błąd: nie rozumieją, że uczestniczą w wydarzeniu o charakterze rozrywkowym.

Zabawę zainicjował wicepremier Mateusz Morawiecki, który w czerwcu  ubiegłego roku ogłosił Program Rozwoju Elektromobilności. Dlaczego podejrzewam, ba, jestem tego niemal pewny, że był to żart? Otóż jego pomysłodawca, bądź co bądź kompetentny ekonomista, w przeszłości szef dużego banku, a obecnie jedna z najważniejszych osób w państwie, musiał wiedzieć, że plan, by już za kilka lat, w roku 2025, jeździł po kraju milion samochodów elektrycznych, i to rodzimej produkcji, jest kompletnie nierealny. Co ważne, wykazał się estradowym profesjonalizmem, ponieważ, niczym rasowy kabareciarz, prezentował tę myśl pozornie absolutnie serio, pamiętając, że aby wkrętka była skuteczna, wkręcający powinien zachowywać kamienną twarz.

Dla spotęgowania dowcipu skłonił narodowe koncerny energetyczne do założenia spółki o dumnej, aczkolwiek obcobrzmiącej nazwie ElectroMobility Poland. Ta, gdyby była tworem działającym serio, od razu zagłębiłaby się w formułowanie skomplikowanych studiów wykonalności, analizowanie rynku, pisanie biznesplanów, bilansowanie potencjalnych efektów i nakładów,  optymalizowanie źródeł zaopatrzenia w energię gigantycznej floty elektrycznych pojazdów itp. Tymczasem zamiast wdawać się w tego typu nudziarstwa - ogłosiła wspomniany na wstępie konkurs. Przy okazji puściła oko do publiczności, powołując jury według pozbawionych poczucia humoru poszukiwaczy dziwaczne i nieprofesjonalne. Dziennikarze, kierowcy rajdowi (jeden z nich nie wiedział, że znalazł się w tym gronie), aktorzy, celebryci. No i co z tego? Przecież się wygłupiamy.

Krytycy zarzucają nadesłanym na konkurs pracom, że w rzeczywistości nie można ich nazwać projektami. Są to na ogół odręczne rysunki, szkice, niekiedy wyglądające jak dzieła przedszkolaków lub uczniów szkoły podstawowej (nadesłane prace, po wstępnej selekcji, zobaczycie TUTAJ).

Otóż warto zauważyć, że w komunikatach na ten temat ElectroMobility Poland dość konsekwentnie unika słowa "projekt". Pisze za to o koncepcjach, zgłoszeniach, wizualizacjach, o konkursie "na karoserię", "na samochód przyszłości". Prawdę mówiąc obawiałem się, że jest to przejaw psującej zabawę nadmiernej ostrożności. Na szczęście w innym miejscu znalazłem informację, że jurorzy, oceniając poddane ich osądowi prace, brali pod uwagę: wartość artystyczną projektu (ech, a jednak projektu...), produkowalność  - możliwość zbudowania i produkcji, ergonomię, efektywność energetyczną, innowacyjność i bezpieczeństwo. No to pojechali po bandzie... Jak bowiem można oszacować ergonomię albo efektywność energetyczną pojazdu na podstawie paru kresek? 

A informacja, iż "wysoki poziom merytoryczny projektów spowodował, że Jury konkursu będzie miało z czego wybierać"? A zapowiedź, że w oparciu o rzeczone szkice zostaną zbudowane jeżdżące prototypy? Takiego natężenia abstrakcyjnego, wręcz surrealistycznego dowcipu nie wytrzymał nawet prezes ElectroMobility Poland i, zapewne pękając ze śmiechu, zrezygnował ze swojego stanowiska.

Szkoda, że w atmosferę powszechnego fanu wczuło się tak niewielu rodaków. Mimo atrakcyjnej dla przeciętnego przedszkolaka i ucznia nagrody finansowej, wynoszącej 50 tys. zł, na konkurs wpłynęło jedynie 86 prac, z czego 66 "spełniło wymogi formalne" i będzie dalej branych pod uwagę. Czy naprawdę nikomu nie chciało poświęcić się parunastu minut i naszkicować, jeśli nie dla pieniędzy to dla hecy, samochód, który - he, he, he - zelektryfikuje Polskę?

Ktoś zapyta, dlaczego Mateusz Morawiecki, ryzykując swoim autorytetem politycznym i zawodowym, zdecydował się na skecz pt. Milion Polskich Samochodów Elektrycznych na Polskich Drogach? Cóż, prawdopodobnie chciał ocieplić wizerunek rządu. Jest on często postrzegany jako zbiorowisko ponuraków. Inicjatywa wicepremiera pokazuje, że są tam ludzie z naprawdę dużym poczuciem humoru, a kadry rządowego działu rozrywki nie ograniczają się do ministrów Waszczykowskiego i Szyszki.  

Więcej tekstów tego autora znajdziesz po kliknięciu w jego avatar.

Podziel się

~LLLLLLLLLLLLLLLL -

Artykuł typowo antyrządowy . Niemaszki się z nas naśmiewają żeby zniechęcić polaków do jakiegokolwiek działania . Nie piszę że to jakiś extra super pomysł z tymi elektrykami ale oni nas zochydzają do wszytskiego co wymyślimy sami bez ich zgody i nie w ich interesie .

~asdfasfdsss -

Robią konkurs na kształt nadwozia... ludzie tu nie nadwozie chodzi. Możemy zrobić nadwozie z laminatu, które będzie przypominało posche@! Ale nie o to chodzi. Nalezy opracować nasze własne systemy napedowe, sterowanie, a cała reszta jest już dostepna na rynku,. Publikują jakieś klockowate kształty nadwozia! Co to jest?! Po co nam to? To jest ostatni element układamki!

Piszesz jako Gość