Studenci drogowym problemem? Ale czy na pewno oni?

Wtorek, 10 października (09:23)

W życiu każdego dużego miasta w Polsce są dwa momenty, gdy zauważa się bardzo wyraźny wzrost liczby samochodów na ulicach. Pierwszy wiąże się oczywiście z końcem sezonu urlopowego i powrotami ze szkolnych wakacji. Drugi, w przypadku ośrodków, w których znajdują się wyższe uczelnie - z początkiem nowego roku akademickiego. Rzeczywiście po 1 października robi się zdecydowanie tłoczniej, co zauważają i zwykli kierowcy, i taksówkarze. Coś mi się tu jednak nie zgadza...

W Krakowie, gdzie mieszkam,  uczy się około 200 tys. studentów. Gdzieś przeczytałem, a może usłyszałem, że w ich rękach pozostaje 60-80 tysięcy samochodów osobowych. Próbowałem znaleźć źródło i sprawdzić wiarygodność owych danych. Bezskutecznie. Wyszukiwarka internetowa po wpisaniu frazy "studenci samochody" zaprowadziła mnie za to do licznych poradników, podpowiadających żakom, jakiego auta powinni dla siebie poszukać.    

"Październik to dla studenta dobry moment, żeby w pełni zaangażować się w kwestię zakupu używanego samochodu, jeszcze przed rozpoczęciem się na dobre roku akademickiego. Poszukując taniego środka do przemieszczania się nie tylko na odcinku dom - uczelnia, trzeba jednak pamiętać. że atrakcyjna cena, to nie wszystko, ponieważ dalsza eksploatacja też nie powinna drenować portfela."

"W codziennych obowiązkach polskiego studenta spory problem generuje logistyka, niewielu szczęśliwców mieszka tuż przy swej uczelni lub tymczasowej pracy. Dla wielu jedynym ratunkiem okazuje się tania komunikacja miejska, która jednak wymaga anielskiej cierpliwości. Alternatywą jest zakup taniego samochodu, który wytrzyma jeszcze kilka lat na drogach. Na taki cel można przeznaczyć skromne 5 tysięcy złotych. Co ciekawe, nawet za takie pieniądze możemy oczekiwać przestronnego wnętrza oraz niemałej funkcjonalności."

I tak dalej... Studentom "spory problem generuje logistyka", a mnie nie dawało spokoju pytanie o rzeczywisty poziom ich zmotoryzowania. Rozmawiałem na ten temat ze znajomym, który w latach 70. mieszkał na miasteczku studenckim AGH w Krakowie. Dzisiaj znalezienie tam miejsca do zaparkowania graniczy z cudem,  wtedy przed jego akademikiem stały trzy auta. Dobrze pamięta ich marki i właścicieli. Białym volkswagenem sirocco, prawie nówką, jeździł Marek, którego rodzice wyemigrowali do RFN. Fiatem 850 Coupe, także białym - Rysiek, syn zamożnego producenta odpustowych lizaków. Granatową ładą 1300 - Zbyszek, który robił jakieś nie do końca jasne interesy.

Trzysta chłopa w domu studenckim i trzy samochody... Czasy się zmieniły, ale nie opinia o studentach, jako o ludziach nie śmierdzących groszem. Wynajmujących w kilka osób tanie mieszkania, oszczędzających na jedzeniu, zmuszonych dorabiać, by przeżyć. Czy to możliwe, by stać ich było na własny wóz? Na opłacanie ubezpieczenia? Kupowanie paliwa? Serwis? Nie oszukujmy się - auto za 5 tysięcy złotych musi się psuć. Czyżby polscy studenci byli zatem zamożniejsi, niż się nam wydaje? A może nie doceniamy hojności ich rodziców, skłonnych wspierać motoryzacyjne zachcianki i potrzeby potomstwa?

Wizerunek studenta dojeżdżającego na uczelnię samochodem kłóci się nie tylko z powszechnym mniemaniem o marnej sytuacji finansowej tej grupy społecznej, ale także, jakkolwiek górnolotnie to brzmi - z jej etosem. Przecież to głównie spośród idealistycznie nastawionych do świata studentów wywodzą się sławni "rowerzyści i wegetarianie", obrońcy środowiska naturalnego, wycinanych w Puszczy Białowieskiej drzew, zagrożonych odstrzałem łosi i wilków. A tu masz ci los, okazuje się, że w rzeczywistości rozpierają się oni za kierownicami starych rzęchów, zatruwając powietrze spalinami i przyczyniając się do globalnego ocieplenia.

No i nadal jestem w kropce: czy to możliwe, by, statystycznie rzec biorąc, co trzeci student poruszał się po ulicach Krakowa samochodem, począwszy od października skutecznie je korkując?     

CLACKSON

Autorem tekstu jest czytelnik o pseudonimie CLACKSON. Jeżeli chcesz przeczytać więcej jego tekstów, kliknij w poniższy avatar.

Także i ty możesz podzielić się tutaj swoimi przemyśleniami.  Szczegóły TUTAJ.   

Podziel się

~lump -

Studenci to ludzie jak każdy - jedni jeżdżą samochodami inni rowerami, a jeszcze inni komunikacją miejską. Niezależnie od tego z rokiem akademickim w takim Krakowie przybywa o 1/3 więcej mieszkańców to i tłok jest większy, tym bardziej, że władze Krakowa nigdy nie były skłonne do zmniejszania korków tylko wręcz odwrotnie. Trzeba sobie zdawać sprawę, że to efekt statystyczny niezależny od upodobań żaków. Dojeżdżają pracownicy uczelni, ludzie nie chcący dusić się w przeładowanej komunikacji miejskiej przesiadają się do własnych czterech kółek, rusza cały ekosystem itd. itp.

~Jacuś -

Nie zgadzam sie u nas w Rzeszowie wszystkie uliczki pod blokami sa zajęte przez studentów tak że mieszkaniec nie ma gdzie zaparkować , staja nawet na miejscach dla inwalidy. Parkują na skrzyżowaniach i żeby jeszcze zaparkował jak należy ale gdzie tam staje barn jakby miał zapięta przyczepę i zostawia 2-3 metry za sobą. Przyjeżdżają z wioch i myślą że to pastwiska

~Te -

Jeśli kogoś stać na samochód to dobrze, nie rozumiem autora artykułu że zagląda do czyjegoś portfela i jeszcze neguje posiadanie przez kogoś jakieś rzeczy. Być może zazdrości? Powiela stereotyp że student to biedak i nic nie robi cały dzień, a z doświadczeń moich znajomych wynika że studenci pracują to mają i tyle.

~fd -

Na parkingach pojawia się cały alfabet numerów rejestracyjnych. A na dogach cała masa starych złomów. Ten młyn zwykle trwa od poniedziałku do piątku. Dzisiejsi studenci to baaaardzo wygodni ludzie.

~olo -

To i ja wspomnę lata 70. : obok bloku liczącego 80 mieszkań na sporym parkingu stał 1 (słownie: JEDEN) samochód. Niebieski zaporożec. Więc studenci z Fiatem 850 coupe oraz Volkswagenem Sirocco byli bardzo zamożnymi ludźmi.

Piszesz jako Gość