Niemiecki ekonomista: Wystarczy 20-godzinny tydzień pracy

Środa, 14 lutego (05:55)

Prof. Niko Paech propaguje innowacyjny model gospodarki, w którym ludzie pracowaliby tylko 20 godzin tygodniowo.

Deutsche Welle: Niemiecka gospodarka pracuje na najwyższych obrotach, portfele zamówień pękają w szwach, a konsumpcja kwitnie. Jak odbiera pan takie informacje?

Niko Paech: Wszystkie dotychczasowe wysiłki, by zapoczątkować zrównoważony rozwój, do tej pory się nie powiodły. Dzieje się tak z wielu przyczyn, ale szczególnie ze względu na nieposkromiony popyt na mobilność, konsumpcję, przestrzeń mieszkalną i komfort, jaki daje elektronika. Wszyscy podkreślają, jak ważna jest ochrona ekologicznych podstaw życia, ale pod warunkiem, że w dalszym ciągu będzie rósł dobrobyt. A to jest kwadratura koła.

Twierdzi pan, że dobrobyt opiera się na maksymalnej eksploatacji środowiska. Ekosfera potrzebowałaby przerwy na zaczerpnięcie oddechu, ale taka przerwa nie jest możliwa tak długo, jak gospodarka będzie dalej rosnąć. Czy może pan to wyjaśnić?

- Do tej pory nie udało się wdrożyć systemu, w którym wzrost PKB nie wywoływałby szkód ekologicznych. Mimo tego robi się wszystko, by wspierać dalszy wzrost gospodarczy. Przy czym szczególnie w Niemczech jesteśmy tak zamożni, jak nigdy dotąd.

Potrzeba odważnych prekursorów

Co można więc zrobić, by ochronić ziemię i powstrzymać zmiany klimatyczne?

- Potrzebna byłaby ekonomia postwzrostowa, polegająca między innymi na znacznej redukcji produkcji dóbr i globalnej mobilności.

Co konkretnie mogą zrobić w tym celu Niemcy?

- Produkcję przemysłową w Niemczech należałoby stopniowo zmniejszyć do 50 proc., a potrzebny w tym modelu czas pracy powinien być tak rozłożony, by umożliwić pełne zatrudnienie na bazie 20-godzinnego tygodniowego czasu pracy. Konieczne byłoby jednak oszczędniejsze i zupełnie inne podejście do dóbr konsumpcyjnych.

Ale kto zacząłby wdrażać taką redukcję, jeżeli - jak się zdaje - nikt nie chce takich zmian?

- Zmiany takie prowadzi się już w metodologii Living Lab, czy dzięki istniejącej awangardzie. Funkcjonujące już przykłady mogłyby stać się inspirującym wzorcem zmian, szczególnie jeżeli dostałyby przyspieszenia przez sytuacje kryzysowe.

Czy nic nie wskazuje na to, że gospodarka mogłaby dobrowolnie realizować zrównoważony rozwój?

- Byłoby to możliwe dzięki kilku firmom, które przejęłyby rolę prekursorów.

Czy takim dzwonkiem alarmowym byłby znów jakiś kryzys?

- Tak, cała reszta społeczeństwa zgadza się zawsze na taką egzystencjalną redukcję potrzeb, kiedy zmuszają ją do tego zewnętrzne warunki.

Rezygnacja z konsumpcji i mobilności

Jak konkretnie każdy z nas może oszczędnie gospodarować zasobami?

- Po pierwsze, konsumenci mogliby uwolnić swoje życie od wszelkiego nadmiaru, który nie przynosi im żadnych większych korzyści, za to opłacany jest pieniędzmi, czasem, przestrzenią i ekologicznymi zasobami.

- Po drugie, byłoby konieczne rozważniejsze gospodarowanie dobrami: ich pielęgnacja, konserwacja i naprawa. Jeżeli w ten sposób udałoby nam się podwoić czas ich eksploatacji, wydatki na konsumpcję spadłyby o połowę.

- Po trzecie, z wielu dóbr można by korzystać wspólnie: np. samochodów, pralek, kosiarek do trawy czy narzędzi. Jeżeli z takich dóbr korzystałyby przeciętnie trzy osoby, wtedy wydatki na konsumpcję spadłyby o dwie trzecie.

- Po czwarte, niektóre produkty czy usługi można by wykonywać samodzielnie np. uprawiając wspólnie ogródki, wytwarzając niektóre produkty czy gotując w domu zamiast chodzić do restauracji.

- Poza tym wakacyjne podróże samolotem, samochodem czy z statkiem wycieczkowym można by zastąpić podróżami po Europie koleją, autokarem, rowerem czy pieszo. Rezygnacja z przesadnej mobilności jest jednym z najważniejszych przedsięwzięć służących zrównoważonemu rozwojowi.

- A po szóste, każdy człowiek powinien obliczyć swój indywidualny bilans CO2, co bardzo prosto można zrobić w internecie.

Lecz na to każdy z nas potrzebowałbym więcej czasu.

- Tak, to prawda, czas to najważniejszy i najmniej dostępny zasób, jaki mają ludzie. Jeżeli ludzie pracowaliby tylko 20 godz. tygodniowo, mieliby czas na wszystkie wymienione zajęcia, najlepiej w sieci lokalnych powiązań.

Jako ekonomista jest pan chyba odosobniony w propagowaniu tego modelu?

- Zgadza się, ale to niewiele znaczy w obliczu zatrważającego stanu nauk ekonomicznych. Mnie chodzi nie tylko o wyjaśnienie mojego punktu widzenia, lecz także o ruszenie z posad dogmatyki tradycyjnej ekonomii. Dobrze byłoby, gdyby równolegle istniały różne analizy aktualnej sytuacji i ekonomiczne projekty na przyszłość, bez jakichkolwiek uprzedzeń, a które naukowcy mogliby zaproponować społeczeństwu. Na szczęście na uniwersytecie w Siegen jest kierunek "Pluralizm ekonomiczny", dzięki któremu po raz pierwszy realizuje się takie nieschematyczne myślenie.

Prof. Nico Paech jest jednym z najważniejszych krytyków ekonomii wzrostu w Niemczech. Wykłada pluralizm ekonomiczny na uniwersytecie w Siegen. Główne zagadnienia jego pracy badawczej to ekonomia postwzrostowa i badania zrównoważonego rozwoju.

rozmawiała Karin Jaeger / tł. Małgorzata Matzke, Redakcja Polska Deutsche Welle

Deutsche Welle

Podziel się

~rad -

PiS właśnie pracuje nad wprowadzeniem 48 godzinnego tygodnia zamiast 40 godzinnego. Nie widzi przeszkód, żeby bardziej upodlić polaków którzy będą za tą samą pensję pracować 6 dni a nie 5 dni w tygodniu.

~Britney -

Polscy prywaciarze są śmieszni. Pracownikom płacą grosze towary kosztują podobnie a czasem i więcej niż w zachodniej Europie. Opodatkowanie i mamy jedno z najniższych w Europie a jak dodać do tego polskie pensję to już w ogóle grosze wychodzą. Prywaciarze są pierwsi do wyliczania ile kosztuje pracownik ale żaden nie przyzna że te same produkty w zachodniej Europie kosztują bardzo podobnie a pracownikom trzeba płacić 4 razy więcej niż nasi płacą wraz z tymi "wielkimi" obciążeniami. Ciągle nic się nie opłaca, ciągle ledwo biznesy idą ale w corocznych bilansach z urzędów skarbowych w każdym mieście przybywa milionerów i każdy z nich prowadzi działalność gospodarczą. Prywaciarze pojmujecie że na zachodzie działa to tak że kasę ładuje się w rozwój firmy a dopiero to co zostaje wydaje się na swoje przyjemności u nas za to trzeba doić ile wlezie a prywaciarz musi co rok wymienić auto sobie i najbliższym i mieszkać w wielkim domu z basenem oraz pobudować takie same domy swoim dzieciom, dlatego nasze firmy wyglądają jak wyglądają a zwykli pracownicy są dziadami Europy.

~as -

a u nas bolszewicy kombinują jak wprowadzić minimum 48 godzin w tygodniu bo im kasy na pijaczków z 500+ brakuje oraz na swoje astronomiczne pensje i kosmiczne premie !!

~morgen stern -

Oczywiście, że można skrócić czas pracy o 50% bo to jest zupełnie zbędna praca. Zlikwidujcie bandycki system fiskalny i zostawcie podatki na poziomie dziesięciny (10%) a od razu kobiety nie będą musiały pracować i zajmą się domem i dziećmi. I mamy 50% redukcję zupełnie samorzutną.

~Socjalista -

My w Polsce już mamy taką grupę zawodową co to tygodniowo pracują 18 godzin lekcyjnych 45 minutowych. Rząd PiS daje im podwyżkę po 5 % przez trzy lata ( śr. płaca w szkolnictwie to już około 5 tysięcy złotych). A potem się zobaczy. O pasożytach (15 letnich emerytach) nie wspomnę. Też mają podwyżkę -" za niemanie świateł". Tak ciężko pracują jeżdżąc niebieskimi autkami. A ile to kosztuje wystawienie mandatu. Trzeba mieć przynajmniej tytuł profesora aby wystawić taki mandat.

Gość

Piszesz jako Gość